XIII Bieg Rzeźnika

O Biegu Rzeźnika słyszał chyba każdy kogo w jakimś stopniu interesuje bieganie ultra. Jest to prawdopodobnie najsłynniejszy w Polsce ultramaraton górski. Wystartowałem w nim po raz drugi. Sam nie wiem czemu, biorąc pod uwagę jak dał mi on w kość w zeszłym roku. Musiałem też szukać innego partnera gdyż Robert, z którym biegłem poprzednio powiedział, że odpuszcza w tym roku. Wybór padł na Adama. Na szczęście się zgodził bez dłuższego namysłu. Pozostało tylko zgłosić drużynę i szczęśliwie zostać wylosowanym. W losowaniu oczywiście nam się poszczęściło, bo inaczej przecież bym się tu nie rozpisywał 🙂 A więc do rzeczy. W tym roku po raz pierwszy w całej historii tego biegu odbył się on na zmienionej trasie. Z jednej strony żal ponieważ bez połonin, zaś z drugiej korzystniej, przynajmniej dla mnie, bo więcej cienia gdyż nowa część trasy prowadziła szlakiem granicznym.

Start był o godz. 3.00 więc nie pospaliśmy. Ledwo co zamknąłem oczy już musiałem wstawać. Wyjazd z Cisnej na miejsce startu do Komańczy był o godz. 1.30. Budzik nastawiłem na 00.00 bo trzeba jeszcze zjeść „śniadanie” i dojechać z Kalnicy do Cisnej. Pospałem co najwyżej 1,5h 🙁

Krótko mówiąc zdążyliśmy wyrobić się ze wszystkimi czynnościami przedstartowymi i staneliśmy na linii startu o czasie. Całą trasę (w tym roku wg. mojego garmina było to 84km) można było podzielić na trzy części. Pierwsza licząca ok. 32km do pierwszego przepaku w Cisnej. Najprzyjemniejsza chyba dla wszystkich. Pomijając pierwsze 10 kilometrów gdzie biegnie się po ciemku. Nic nie widać oprócz niewielkiego skrawka mokrej kamienistej, poprzeplatanej wystającymi korzeniami ścieżki. Ogólnie mówiąc było ponuro i wilgotno. Byłem calusieńki mokry. Mimo wszystko w Cisnej byliśmy w miarę szybko.

W tym roku na przepakach postanowiłem zmienić sposób odżywiania. Zamiast słodzić się batonami, żelami itp. zjadłem „normalny” posiłek (ziemniak i kotlet sojowy). To był strzał w dziesiątkę. Dzięki temu cały czas miałem komfort na żołądku, o ile można tak powiedzieć.

Po pierwszym przepaku od razu zaczyna się mozolna wspinaczka na Jasło. Wielu zawodników od tego miejsca rusza dalej z kijami, my ich nie używaliśmy. Wspinaliśmy się pod górę naciskając rękoma na uda. Myślę, że szło nam to dobrze gdyż dużo teamów wyprzedzaliśmy pod górę. Po tej kilkukilometrowej wspinaczce następowały po sobie kolejne (tym razem łagodniejsze) podejścia i zbiegi (nie będę zanudzał i wymieniał jakie szczyty mijaliśmy, każdy może sobie to sprawdzić), aż w końcu kolejny długi, ostry zbieg i kawałkiem szutru do kolejnego przepaku na 51km. Osobiście nie mogłem się go doczekać. Marzyłem o tej zimnej coli, którą tam dawali. Tutaj, podobnie jak w Cisnej zbytnio się ociągaliśmy, ale może to nam na dobre wyszło później. W każdym razie kolejną cześć rozpoczęliśmy w miarę zregenerowani przynajmniej jeżeli chodzi o „głowę”.

Trzecia część trasy była nowa. Nie było już podejścia na Smerek, tylko w stronę granicy na Rabią Skałę. Pięknym, rzadziej uczęszczanym przez turystów szlakiem. Potem z powrotem na Okrąglik, bo już byliśmy na nim wcześniej i do ostatniego punktu kontrolnego 17 km przed metą. Tutaj musiałem już posmarować stopy ponieważ czułem już lekkie otarcie na palcach, pozwoliłem sobie także na napój energetyczny chociaż obawiałem się, że będą mnie łapać skurcze. Wziąłem do ręki jeszcze połowę bułki z sałatą i awokado, którą poczęstował mnie Adam i tak ruszyliśmy dalej, od razu pod górę. Pamiętam, że nie mogłem przełknąć tej bułki , bo mi nie pozwalał na to oddech podczas wspinaczki, jednak jakoś powoli dałem radę 🙂 Poszło. Przełknąłem.

W normalnych warunkach kilkanaście kilometrów to tak niewiele jednak wtedy wydawało się, że to bardzo dużo. W miarę upływającego czasu kilometry powoli topniały. Przy 70 kilometrze dostrzegłem, że jest szansa, aby pobić czas z zeszłego roku, przypominam, że dystans w ubiegłym roku liczył 77km. Pomyślałem więc „Marcin przynajmniej do 77km potem niech się dzieje co chce”. Kilometr za kilometrem leciał bardzo wolno, ale leciał. Na 77km byłem mocno usatysfakcjonowany ponieważ udało mi się lepiej nabiegać. Zostało 7 km tylko i aż 7. Ludzie mijani po drodze mówili, że już nie daleko, ale oni chyba mieli inne poczucie odległości niż my wtedy 🙂 Jeszcze tylko jeden zbieg, ostatni zbieg i na 81 km wybiegliśmy na szuter, który z kolei przeszedł w asfalt. Po chwili dostrzegliśmy napis na drodze 1km do celu wiedzieliśmy, że jesteśmy już „w ogródku”, jeszcze tylko jeden zakręt za którym dostrzegliśmy nasze panie(oj mocno nas dopingowały na ostatnich metrach). I w końcu  meta. Dotarliśmy z czasem 12 godzin i 9 minut (wg. mojego garmina). Co tam czas! Najważniejsze, że znowu się udało!

Oficjalny wynik:

Czas 12:12:46, Marcin Krzemiński, Adam Skubida, m-ce open 125 na 778