12-Godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy

12 Godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy to ostatnia impreza na której przyszło się nam zmagać z 64 innymi drużynami. To już 13 edycja, która odbywa się 10-12 marca, natomiast nasza pierwsza w takim składzie. Przyjechaliśmy tu w czwórkę bez fanów czy tzw. ultrasów. My z Korzonem mniej doświadczeni ponieważ pierwszy raz i Krzemyk z Besiakiem stare kopalniane konie, bo już tu biegali. Specyfika biegu, oraz miejsce gdzie się to wszystko odbywa jest niepowtarzalne. Bardzo trudno to porównać do zwykłego biegania i trudno to opisywać odnosząc się tylko do biegania.

Jak zapewne wiecie, bieg jest na tyle elitarny, że żeby się dostać należy spełnić kilka warunków, a najważniejsze z nich to umiejętność biegania, 4-osobowa ekipa i szczęście, dużo szczęścia. Ponieważ, ze względu na ilość zgłoszeń i ilość chętnych, oraz ograniczona ilość pakietów, do zakwalifikowania nie wystarczą tylko chęci. Na szczęście, jak czasami bywa – udało się. Zgłoszeni przez Michała, zostajemy wylosowani jako przedostatnia ekipa.

Godzina 17:00 wyjazd, po drodze zajeżdżamy jeszcze po jadło, które posłuży nam za niezwykle ważną energię podczas tego weekendu. Nie śpiesząc się nigdzie, trochę już głodni, po ponad 3h podróży przyjeżdżamy do Bochni udając się od razu do pizzeri ładować niezbędne „węgle” 🙂 Już tam dało się zauważyć, że nie tylko my przyjechaliśmy tutaj na „zwiedzanie kopalni”. Tam też spotkaliśmy pierwsze dwie ekipy, z którymi przyszło się nam zmagać następnego dnia.
Po posiłku kierujemy się do kopalni błądząc jeszcze trochę po miasteczku. Zabieramy nasze tobołki wykonujemy ostatnie wdechy na powierzchni i zjeżdżamy ponad 200 metrów pod ziemie, gdzie korytarzami i nieskończonymi schodami trafiamy na miejsce.
Jak zdążyliście już wcześniej przekalkulować 65 ekip to nie taka mała grupa ludzi. Na dole tego dnia byliśmy jednymi z ostatnich, także kopalnia stała się już przed nami niewielkim miasteczkiem biegowym. Co nie którzy już poprzebierani na luźno, w czasie kolacji obmyślali ostatnie taktyki, a my zajęliśmy się szukaniem spania. Padło na piętrowe prycze na samym końcu. Mi przypadło miejsce na górze z widokiem na sklepienie „jaskini” w której się znaleźliśmy. Jest piątek wieczór, dużo ludzi o podobnych zainteresowaniach, więc idziemy na schadzki, ale głównym naszym celem na tamtą chwilę było odebranie pakietów. Spotykamy między czasie kolegów z firmy I-BS.pl w której pracuje, koleżanki z TSA Sandomierz, które tak jak ja i Marcin ścigały się pierwszy raz i wielu innych znajomych, z którymi widujemy się na imprezach biegowych. Lekko podekscytowani i trochę zmęczeni siedząc niedługo tego wieczoru udajemy się na nasze legowiska i zasypiamy.

W sobotę rano czuć było od samego świtu jak tylko „słońce wzeszło” małe zdenerwowanie i taką atmosferę, jakby miało się coś zaraz zacząć. Start miał odbyć się o 10:00 więc nie musieliśmy się nigdzie śpieszyć i nikt nikogo nie musiał poganiać. Przygotowaliśmy sobie wszystkie niezbędne sprzęty w tym śpiwór, picie, batony, jedzenie, ubrania na zmianę. Bo to nie był zwykły bieg. Ten bieg to 12 godzin ciągłego szybkiego biegania.
Jak już wcześniej wspominałem bieg jest specyficzny, bo szybki, bo biegany interwałami, bo długi i bardzo męczący. Lekko przed 10:00 mamy odprawę i wyjaśnienie kilku istotnych spraw.

Sobota godzina 10:00 syrena daje znak, startujemy! Biegamy spokojnie, bez spinki, przecież jesteśmy tutaj tylko dla zabawy! Przecież z nikim się nie ścigamy. Nasza taktyka to bieganie na zmianę w schemacie [1, 2, 1, 2, 3, 4, 3, 4, 1, 2…] „Stare konie” rozdzieliliśmy i biegaliśmy Marcin Krzemiński z Marcinem Korzonkiem, natomiast Michał Beśka biegał ze mną. Wystartował Krzemyk, za nim Korzon. Zaczęli dobrze, Krzemyk 9:39 z dodatkowym dystansem, Korzon 9:24. Szkoda, że nie mogliśmy na żywo obserwować po wynikach, ale jest dobrze. Następnie Besiek 9:33 i ja 9:33. Jest super, biegamy równo, ale czy nie trochę za szybko? Ustaliłem sobie, że biegam na tętno, max. 160 nie więcej, bo to przecież długi bieg, ciężki bieg itd… Zerkam na zegarek, przełączam ekrany, nie mam tętna, gdzie tętno. Biegam na tętno, a nie mam nawet takiego ekranu. I tak to się zaczęło…


Domyślałem się, że będzie ciężko i było już po 10 km czyli 4 moich okrążeniach. Nogi trochę spuchły, a łydka z którą miałem przygodę tydzień wcześniej dawała się coraz bardziej we znaki. Zmęczenie potęgowało, co widać było po każdym z nas. Nasz odpoczynek to był rytuał: BCAA, jedzenie (makaron, smażone bataty, ciastka od dziewczyn), odpoczynek w śpiworze, picie i przebieranie. Gdyby nie wzajemna pomoc, doping i motywacja, nie wiem czy bylibyśmy w stanie ukończyć zawody w takim składzie jak je zaczynaliśmy.
Bieganie stawało się coraz trudniejsze, ze względu na coraz większe zmęczenie, dające się we znaki bóle i unoszący się kurz spod butów biegaczy. Biegaliśmy po korytarzach gdzie często wiało, a gdzieniegdzie było wręcz gorąco. I tak po jakimś czasie przewiało mnie. Okazało się, że tego dnia jestem pechowcem, ale dlaczego mnie to musiało spotkać. Nie mogłem w pewnym momencie łapać oddechu, strasznie mnie blokowało, a ból w klatce był coraz bardziej dokuczliwy. Już po ibupromach, które miały pomóc na nogę jeszcze to. Bolało a one nic nie pomagały. Na szczęście kolega Tomek uszczęśliwił mnie jedną niebieską tabletką ketonalu, po którym mnie odetkało. Niestety istniała obawa, że mogę sobie coś zrobić, po czym nie będę tego czuł. Michał nie wyglądał też już najlepiej, widać, że dał tego dnia z siebie wiele. Krzemyk z Korzonem zmęczeni dawali jeszcze radę. Ostatnie okrążenia wypadały na Michała i na mnie. Ale udało się nam wynegocjować dobre warunki i ostatnie okrążenia pobiegli za nas. Michał już „wył” ze zmęczenia 😀 natomiast ja chodziłem pobudzony inaczej po tych uśmierzaczach. Krzemykowi wkręciło się jeszcze to, że na równo z nami ściga się jedna drużyna i że walczymy o lepsze miejsce. Wiedzieliśmy, że 17 to ostatnie nasze okrążenia więc staraliśmy się pobiec je jak najlepiej. Michał na 10:36, natomiast ja 10:01. Został jeszcze Krzemyk, który pokonał ostatnie 19 okrążenie w czasie 10:19 i Korzon, który miał już niepełne 19 okrążenie do pokonania w nogach, ale pobiegł je bardzo mocno. Zawyła syrena, 12 godzin katorgi przeszło do historii. A drużyna, która miała nam uciekać to była drużyna, którą już wcześniej dublowaliśmy.

Schodzimy na dół po wspomnianych wcześniej schodkach patrzymy na wyniki i 11 m-ce!! Przebiegliśmy tego dnia 174.5 km pokonując razem 72 kółka po 2,420 metrów. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi! Na koniec wszystkiego okazało się, że byliśmy zgrani a ponadto tego dnia biegaliśmy równo, na jednakowym poziomie (nie tylko 200 metrów pod ziemią).

fot. Paweł Suder / pawelsuder.pl, Krzysztof Stec, Maratony Polskie / maratonypolskie.pl.